Wrócił do mnie po 10 latach zegar kominkowy znaleziony pewnego dnia przeze mnie pod kontenerem na śmieci na rzeszowskim blokowisku. Zegar w stylu secesyjnym – stylizowany, z lat 60., bez żadnej sygnatury producenta. Niedziałający.
O zegarze rozmawiałem z 83-letnim zegarmistrzem pracującym w skansenie w Sanoku – w jednej z chałup, której nadano (przywrócono?) funkcję zakładu zegarmistrza pod przedwojennym szyldem Leona Hellera. Od słowa do słowa z panem Józefem zaproponował, bym zegar przywiózł i rzuci na niego okiem.
Znowu po 2-3 tygodniach odwiedziłem pana Józefa, który stwierdził, że zegar naprawił, ale jeszcze nie wszystko działa jak należy. Mogę go wziąć, bądź zostawić jeszcze na parę dni, jeśli mam ochotę. I tak zrobiłem.
Jednak teraz minęło znacznie więcej czasu – rok, dwa, trzy, gdy nie wracałem do skansenu. Spisałem zegar na straty. Bo skoro minęło tyle czasu, zapewne pan Józef w skansenie już nie pracuje. Zegar powędrował albo do jego domu (upominać się po tylu latach?) – albo został na ekspozycji w skansenie (jak go wyniosę – kto potwierdzi, że to mój zegar?).
Uznałem zatem, że nawet jeśli jest na ekspozycji, to i tak nie ma szans, bym go zabrał. Pogodziłem się z tym, że mój stary zegar już na stałe upiększy wnętrze chałupy zegarmistrza w skansenie.
Po 10 latach znów pojawiłem się w skansenie. Z ciekawością wstąpiłem do chałupy zegarmistrza – i ku zdziwieniu – pracujący tam dziś nowy pan zegarmistrz właśnie majstrował przy moim zegarze. Przywitałem się i od razu wypaliłem: „To chyba mój zegar”.
Zegarmistrz chętnie zgodził się na tę ewentualność. Na odwrotnie widniała naklejona kartka z napisem „Ekipa film. z Rzeszowa”.
Solidna firma! Zegar czekał 10 lat na mnie! W komplecie znajdował się kluczyk z doczepioną agrafką treściwą i jasną instrukcją: „Uwaga! Jeżeli zegar będzie bił np. godzina 1200 bije 1, to małą wskaz. można przestawić na godz. 100„.
Uczciwość kazała mi zdobyć numer do pana Józefa i przekazać, że zegar odebrałem. Dziś 93-letni ponoć w dobrej formie. Spytałem, jak się mogę odwdzięczyć za tę pracę, odparł tyle tylko, że nie ma sprawy i – by zegar służył.
Zegar zaś – przeleżał 10 lat na ekspozycji w skansenie w Sanoku i – znalazł się zapewne na niejednym zdjęciu. Widziały go pewnie tysiące osób, sądząc, że jest częścią ekspozycji. W ten sposób nasiąkł tym niezwykłym miejscem i nabrał wielkiej wartości sentymentalnej, choć historycznie to nie jest znowu tak znaczący zabytek.
Z obecnie pracującym tam – 20 lat młodszym od pana Józefa – zegarmistrz (nie znam niestety imienia, postaram się zapytać następnym razem i uzupełnić wpis) nawiązałem krótką rozmowę. Prócz informacji, że zegar ocenił na lata 1960., odparł na moje pytanie, że była w Polsce dobra firma produkująca mechanizmy zegarowe – nazywała się Metron. Zaletą jej produktów była prostota naprawy. Mechanizm sprężynowy dało się łatwo wyjąć, bez konieczności rozbiórki całego urządzenia, jak w zagranicznych produktach. Niestety firma już nie funkcjonuje. Pewnie z racji, że tak często wybieramy zachodnie. Dał też krótką instrukcję jak regulować mój zegar i jakie wciąż ciążą na nim przypadłości (bo nie udało ich się do końca usunąć).
Mimo wszystko zegar tyka i bije głębokim basem z pudła rezonansowego niczym z lampowego wzmacniacza. I nawet jeśli nie jest tak precyzyjny, jak zegary kwarcowe czy elektroniczne, to jednak ma w sobie teraz kawałek ciekawej historii, i – urok obcowania z analogowym urządzeniem.
…




