Okazuje się, że Wrocław był ważnym ośrodkiem szachowym. Trudno przejść obojętnie obok nazwisk świata szachowego, które związały się z tym miastem jeszcze przed 1 wojną światową.
Ważna pozycja w literaturze szachowej – Dreihundert Schachpartien Siegberta Tarrascha jest jedną z pierwszych książek przeczytanych w dzieciństwie przez 36-letniego arcymistrza ukraińskiego, Petro Gołubki (mistrza Ukrainy z 2017 roku). Czytał on tę książkę w rosyjskim wydaniu z 1988 roku pt. 300 шахматных партий. Ale była to podstawowa publikacja dla szachistów jeszcze za życia Tarrascha, jak wspomina on nieskromnie we wstępie do 2 wydania z 1909 roku. On sam osiągnął pozycję 2 miejsca w światowym rankingu szachowym, co miało miejsce w 1895 roku. Uważany był już wtedy za niekwestionowany autorytet, wielokrotny zwycięzca wielu kluczowych turniejach świata.

Tarrasch w pierwszym rozdziale wydanej w 1895 roku książki wspomina o swoim dzieciństwie we Wrocławiu.
We Wrocławiu, rodzinnym mieście Anderssena, które oprócz tego herosa wydało na świat również takich mistrzów jak Harrwitz, Riemann i Schottländer, i w którym obudził się oraz ukształtował szachowy talent Zukertorta, urodziłem się 5 marca 1862 roku.
W tym krótkim fragmencie pada kilka nazwisk szachowych. Najpiękniej nazywa się pan Cukertort. Zaś Anderssen – który kończył to samo, co S. Tarrasch protestanckie gimnazjum św. Elżbiety – był nieoficjalnym mistrzem świata w latach 1851-1858.
Siegbert Tarrasch przejawiał niezwykłą bystrość już od najmłodszych lat. Czytał mając 4 lata, jako 6-latek czytał już wszystko, co wpadło mu w ręce z ojcowskiej biblioteczki.
W szkole również przodował.
W innych przedmiotach, zwłaszcza w językach starożytnych, byłem niemal zawsze pierwszy, przez co stało się dla mnie swoistym przyzwyczajeniem, że w domu traktowano wręcz jako kompromitację sytuację, w której musiałem zadowolić się innym miejscem.
W końcu w wieku 15 lat odkrył świat szachów. Co prawda, temat był mu znany już wcześniej, ale dopiero teraz – jak wspomina – szkolny kolega oznajmił mu, że również o szachach istnieją książki – i pożyczył mu „Praktyczną książeczkę szachową” Alfonsa von Bredy.
Jego pasja do szachów rozgorzała tak mocno, że wkrótce znaczna grupa kolegów interesowała się tematem i wszyscy grali nawet na dość niezłym poziomie. Swoistym poligonem było wyjście grupy w teren, tutaj poznajemy nieco topografię Wrocławia. Dajmy tu dłuższy fragment.
Gdy osiągnęliśmy już całkiem sporą biegłość, pewnego pięknego dnia wyruszyliśmy w pięciu – w pojedynkę nigdy byśmy się nie odważyli wtargnąć do tego sanktuarium – dokonując inwazji na cukiernię Fischera i Buscha na placu Królewskim, gdzie każdego popołudnia toczyło się ożywione życie szachowe. Skromnie i z szacunkiem przyglądaliśmy się toczącej się partii starych bywalców, gdy nagle pewien dżentelmen z tego grona zaprosił mnie do gry. Można sobie wyobrazić ekscytację, jaka ogarnęła nasze młodzieńcze serca; czy ja, uchodzący za najsilniejszego w naszym kręgu, przejdę tę próbę? Napięcie stało się jeszcze większe, gdy mój przeciwnik rozpoczął grę posunięciem 1. Sb1–c3. Była to nam wszystkim doskonale znana zabawna partia z katechizmu szachowego Portiusa, w której dyrektor muzyczny wyprowadza w pole Barona poprzez tak zaskakujące ruchy (1. Sc3, 2. Sf3). Czy obcy pan naprawdę wierzył, że może traktować mnie z góry i załatwić w ten sam sposób? Przypuszczenie to nabrało jeszcze większego prawdopodobieństwa, gdy w odpowiedzi na moje 1. … , e7–e5 rozwinął on skoczka królewskiego. Jednak już jego kolejne ruchy gruntownie zniszczyły tę iluzję, i zrozumiałem, że wybrał on to otwarcie nie z wyrafinowania, lecz z naiwności. Bez większego trudu pokonałem go kilka razy z rzędu. Radość ze zwycięstwa w naszym gronie była ogromna i dała nam impuls do regularnych wizyt w tym lokalu. Szybko zorientowaliśmy się, że w grze w szachy nie decyduje zasada starszeństwa; przewyższaliśmy większość tamtejszych graczy. Jedynie koryfeusze lokalu, pan Mannheimer, bardzo silny gracz naturalny, który niejednokrotnie walczył z samym Anderssenem, oraz pan von Scheve, dobrze dziś znany mistrz, który wówczas mieszkał we Wrocławiu i na wiele sposobów – zwłaszcza poprzez udostępnianie literatury szachowej – wspierał mój rozwijający się talent, początkowo nie dawali mi szans. Ale ci panowie pozostawali przecież na wyżynach swojej siły gry – dopiero wiele lat później pan von Scheve dał szachowemu światu prawdopodobnie unikalny przykład tego, jak dobry gracz jeszcze w dojrzałym wieku rozwija się w prawdziwego mistrza. Ja jednak byłem młody i z gorącym zapałem studiowałem wszystkie dzieła szachowe […] a starego mistrza Anderssena widziałem tylko raz i podziwiałem z pełnego szacunku oddalenia. Książę szachów rzadko pokazywał się swojemu ludowi i tylko swoich uczniów, Riemanna i Schottländera, wzywał okazjonalnie do partii. W tamtym czasie założono we Wrocławiu stowarzyszenie szachowe nazwane jego imieniem.
Ta fascynacja szachami, mimo że zabierała młodemu mistrzowi każdą wolną chwilę – co się okazuje – wcale nie kolidowała z obowiązkami szkolnymi. Radził on sobie z materiałem w ramach zajęć szkolnych, by tuż po nich oddać się sprawom gry w szachy, czy to odwiedzając kawiarnię, czy studiując literaturę.
O godzinie 13:00 kończyły się zajęcia w szkole, punktualnie o 14:00 siedziałem już u Fischera i Buscha, zaangażowany w zaciętą walkę aż do wieczora, po czym w domu odbywałem równie intensywne studia książek szachowych. […] Do dziś z najgłębszą wdzięcznością wspominam tych panów, którzy – niezależnie od tego, czy uczyli greki, łaciny, czy języka niemieckiego – stale i nieustannie nas nauczali i z nieubłaganą surowością od nas wymagali: jasności myślenia i wyrazu, a ze względu na to chciałbym wręcz zaryzykować stwierdzenie, że moje sukcesy w grze w szachy zawdzięczam w niemałym stopniu działalności pedagogicznej moich nauczycieli.
W międzyczasie Tarrasch zmienił plany studiów z filologii na medycynę, a już w Wielkanoc 1880 roku zdał maturę z rewelacyjnym wynikiem (zdałem egzamin maturalny tak celująco, jak nie zdarzyło się to w naszym gimnazjum od dziesięcioleci; z trzech głównych przedmiotów (wypracowanie z języka niemieckiego, z łaciny oraz z matematyki) otrzymałem ocenę „celującą” (vorzüglich); moje wypracowanie niemieckie o „Znaczeniu Lessinga dla niemieckiego teatru” nadawało się do druku).
W tym momencie urywa się wrocławski wątek życiorysu Tarrascha, gdyż na studia udaje się on już do Berlina i Halle.
Z postaci szachowych Wrocławia wymienia on jeszcze tych, z którymi rozegrał zwycięskie partie, znaczące początek jego odkryć w dziedzinie teorii szachów. Są to Landau, Voht i Mendelsohn. Tak kończy swą wrocławską opowieść:
Wśród moich przeciwników znaleźli się panowie Landau, Vogt i Mendelsohn, wówczas jeszcze uczniowie, a w szachowych kręgach Wrocławia zyskujący rosnącą popularność; ten ostatni, obecnie adwokat we Wrocławiu, odniósł sukcesy m.in. w turnieju głównym Hamburskiego Kongresu Szachowego. Oczywiście skorzystałem z najbardziej wszechstronnego, niezbywalnego prawa każdego szachisty, by notować wyłącznie te partie, które sam wygrałem.
Skan 2 wydania książki (1909):
A poniżej robocze tłumaczenie do pierwszych 4 rozdziałów książki. Jednak tłumaczenie wymaga posiadania oryginału (partie nie są przetłumaczone, a jedynie wstępy – także do wydania rosyjskiego 1988 – oraz opisy ruchów).