List 28. Z Wrocławia… (Samuel Beniamin Klose)

List ten poświęcony jest postaci błogosławionego Czesława, przeora dominikanów, i jego roli podczas oblężenia wrocławskiego zamku przez Mongołów w 1241 roku. Autor krytycznie analizuje życiorys Czesława, jego cuda – w tym słynne ocalenie miasta za sprawą ognistego zjawiska na niebie – oraz konfrontuje pobożne legendy i relacje hagiograficzne z faktami historycznymi i prawami natury.


Strona 445

Dwudziesty ósmy list.

Wrocław, dnia 12 lipca 1780 r.

Wśród tych, którzy znajdowali się w zamku książęcym na Ostrowie Tumskim, gdy Tatarzy rozłożyli się obozem blisko niego, Czesław był najbardziej godną uwagi osobą. Uważam zatem za swój obowiązek przedstawić Państwu tutaj najważniejsze z jego czynów, gdyż są one zwierciadłem, które odwzorowuje nam to, co wyróżnia owo stulecie; do czego dochodzi jeszcze to, że Czesław wraz z Jackiem są jedynymi współczesnymi św. Jadwigi, którzy idą z nią w jednej randze. Rok jego urodzenia przyjmuje się zazwyczaj jako 1180 (Rechac przyjmuje 1185). Jego ojcem był hrabia Eustachy Odrowąż z Końskich, a miejscem jego urodzenia Kamień, wieś w księstwie opolskim. Inni nazywają ją Stein, co jest niemiecką nazwą tej samej wsi (Hank. de Silesiis indigen. erudit. s. 19. Henel, Silesiogr. Renou. C. VII. s. 523). Hanke uważa go wraz z wieloma innymi za rodzonego brata św. Jacka, który to błąd powstał z niezrozumienia słowa Frater [brat]; albowiem papież Klemens VIII nazywa go w bulli kanonizacyjnej jedynie jego krewnym (consanguineum). Jego panegirysta Bzovius nie zapomina zauważyć, że imię Czesław (Godny Chwały) otrzymał na chrzcie nie bez szczególnego zrządzenia Opatrzności. Gdy leżał jeszcze w


Strona 446

w kołysce, z oczu i min dziecka przebijało już coś wyróżniającego, co zapowiadało wielkiego człowieka. Mały wznosił często ręce ku niebu, bił się w piersi i wzdychał. Wolał być noszony do kościoła niż leżeć w kołysce. Są to wprawdzie cechy, których niełatwo brakuje u jakiegokolwiek zdrowego dziecka. Jest całkiem naturalne, że małe [dzieci] wolą być w ruchu na wolnym powietrzu, niż leżeć w kołysce. A w kościele laleczka widziała do tego jeszcze mnóstwo płonących świateł oraz wiele błyszczących rzeczy i słyszała muzykę, co wszystkie dzieci, jak wiadomo, chętnie widzą i słyszą. W pierwszych latach okazywał już wiele powagi i uciekał przed Syrenami. Że też Bzoviusowi nie przyszła na myśl historyjka o św. Wojciechu, na którego lekkomyślni współuczniowie na ulicy rzucili dziewczynę i stali wokół niego triumfując, podczas gdy on płacząc krzyczał: ach, poślubiłem ją! Jako chłopca widywano go często w kręgu swoich towarzyszy zabaw każącego, często wyszukiwał ich sobie, których sumienie poruszał poprzez poważne przedstawienia. Według określenia czasu u Rechaca studiował on ze swoim przyjacielem Jackiem w Pradze w 1200 roku nauki wyzwolone i filozofię. Stamtąd udał się w 1203, wedle przepisu swego ojca, do Paryża, gdzie z największą gorliwością przyłożył się do teologii, a następnie w Bolonii kontynuował swe studia teologiczne i połączył je z prawoznawstwem, został też Doktorem


Strona 447

teologii i prawa kanonicznego. Wyróżniał się nie tylko swą pilnością i osiągnął wielkie rozeznanie w naukach; lecz także przez swą umiarkowanie, wstrzemięźliwość, pokorę i czystość w obyczajach przed wszystkimi innymi, przez co zyskał szacunek i podziw swoich współstudentów, tak że w jego obecności nigdy nie ważyli się stroić żartów, a gdy chcieli nazwać wzór czystości, to nazywali Czesława. Gdy w 1208 powrócił do swej ojczyzny, udał się do swego wuja, Iwona, biskupa Krakowa, który przyjął go w poczet swoich kanoników katedralnych. Tutaj używał swojego wielkiego majątku, który odziedziczył po ojcu, jak też dochodów ze swych prebend nie na światowy przepych; lecz na ozdobienie kościoła, na wsparcie ubogich duchownych i na jałmużny dla biednych, których znaczną liczbę utrzymywał i sadzał przy swoim stole. Także dzielił się z młodymi studiującymi nie tylko cielesnym, lecz także duchowym pokarmem; tak że jego dom był uznawany przez wszystkich za szkółkę dobroczynnej cnoty. Z biskupem Iwonem udał się w roku 1217 jako kanonik krakowski i kustosz sandomierski w towarzystwie swego przyjaciela Jacka do Rzymu. Bzovius mówi, że był tutaj widzem cudu, który św. Dominik uczynił w kościele św. Sykstusa, gdy wskrzesił zrzuconego z konia i martwego Napoleona. Jednak Echard (de Script. Ord. Praed.


Strona 448

Praed. T. I. s. 82) dowiódł z autentycznych współczesnych źródeł, że Napoleon został w 1220 przez św. Dominika na nowo ożywiony. Biskup Iwo prosił tego świętego Ojca, by zechciał pozwolić niektórym ze swego zakonu udać się do królestw północy, by tamtejszą letniość i chłód w chrześcijaństwie przez swój ogień ogrzać i rozpalić. Lecz św. Dominik nie miał ani jednego, który rozumiałby język słowiański; lecz właśnie w chwili, gdy dawał biskupowi odmowną odpowiedź, wystąpili Czesław i Jacek, jak też Henryk z Moraw i Herman Niemiec, zaufani towarzysze Iwona, i prosili św. Dominika, by zechciał przyjąć ich do swego zakonu; co też uczynił i nałożył im habit w klasztorze św. Sabiny. Po ukończonym nowicjacie w 1218, w którym Czesław dowiódł najsurowszego przestrzegania reguł zakonnych, opuścili Rzym i założyli podczas swej podróży powrotnej we Friesach w Karyntii pierwszy klasztor dominikański w Niemczech. Stąd udali się, bez brata Hermana, który pozostał we Friesach, w 1219 do Krakowa, gdzie zostali przez całe duchowieństwo i lud uroczyście i z radością przyjęci. Tutaj założyli klasztor św. Trójcy. Czesław poszedł w 1222 z bratem Henrykiem do Pragi, został tamże przez biskupa Andrzeja, z którym zapoznał się w Rzymie, bardzo przyjaźnie przyjęty i przez wszystkich z powodu swego świętego życia wielce szanowany.


Strona 449

szanowany. Za pośrednictwem i wstawiennictwem legata kardynalskiego Grzegorza Crescenzio i biskupa Andrzeja otrzymał od króla Przemysła II kościół św. Klemensa wraz z leżącym przy nim przestronnym placem, gdzie został zbudowany klasztor dla dominikanów. Po tym, jak Czesław dokonał tamże najlepszych urządzeń, udał się do Wrocławia w 1223, a stąd w tym samym roku do Polski, Prus, Pomorza itd., w których to krajach przez swoje kazania zagrzewał słuchaczy do czynnego chrześcijaństwa. Rechac każe mu tamże pozostać do 1225, jednak archiwalne wiadomości klasztoru św. Wojciecha tutejszego zapewniają, że w 1224 głosił już w kościele św. Marcina, który powierzył mu biskup Wawrzyniec. Czesław zgromadził już w tym czasie różnych ze swoich braci zakonnych, którzy się w przyszłości jeszcze pomnożyli, i myślał o tym, by postarać się dla nich o stały pobyt. Także biskup skierował wszystkie swoje troski na wyznaczenie wygodnego miejsca, gdzie można by założyć klasztor. Nakłonił wreszcie opata Witosława od NMP na Piasku, by odstąpił mu kościół św. Wojciecha, i dokonał z nim poprzez układ następującej zamiany. Opat Witosław przekazał biskupowi Wawrzyńcowi kościół św. Wojciecha we Wrocławiu wraz z przynależnym doń placem, który leżał między domem kapłana Piotra a Mostem Maurycego, wraz z przysługującym temu kościołowi prawem parafialnym. Za to wyznaczył biskup rzeczonemu opatowi i jego braciom: dziesięć


Strona 450

dziesięć marek pieniędzy obiegowych we Wrocławiu, do wypłacenia w dwóch terminach, gdy są uiszczane księciu, jak również osiem szefli biskupiego zboża w Oławie do dostarczenia rocznie. Godne uwagi jest to, że w tym dokumencie, którego oryginał jest jeszcze przechowywany w archiwum klasztornym u św. Wojciecha, nie stoi Ołtaszyn; ja miałem wielokrotnie w rękach również oryginalny dokument, w którym oprócz kościoła św. Wojciecha wymieniona jest także wieś Ołtaszyn, która pierwotnie należała do klasztoru na Piasku, ale wówczas została odstąpiona biskupowi Wawrzyńcowi przez opata Witosława. Biskup Wawrzyniec kazał ten [dokument] wystawić szczególnie z powodu Ołtaszyna. Za tę wieś klasztor NMP na Piasku otrzymał dziesięcinę z Tarnowa, która jest w tym dokumencie wyraźnie wymieniona. Własne słowa dokumentu są: In nomine patris et filii et sps. scti. amen. Nos Laurentius Eps. Wrat. cum Collegio nri. Capituli notum facimus pntibus. et futuris pactum quod factum est inter nos et abbatem sce. Marie cum suis fribus. ut scilicet nos ex parte eorum haberemus ecclesiam sci. Adalberti et uillam que dicitur Oltachino, et ipsi ex parte nostra haberent decimam de Tarnawa et decem marcas argenti. [W imię ojca i syna i ducha świętego amen. My Wawrzyniec Biskup Wrocławski z Kolegium naszej Kapituły czynimy wiadomym obecnym i przyszłym układ który zawarty jest między nami a opatem świętej Marii z jego braćmi. abyśmy mianowicie my z ich strony mieli kościół św. Wojciecha i wieś która zwie się Ołtaszyn, a oni z naszej strony mieli dziesięcinę z Tarnowa i dziesięć marek srebra.] Dokument jest podpisany w 1227. Obie pieczęcie biskupa i kapituły na nim wiszą. Opat Jodok nie jest z tej zamiany wcale zadowolony (Chron. s. 13), którą nazywa bardzo nierówną. Następnie biskup Wawrzyniec za radą i zgodą swojej kapituły przekazał braciom zakonu dominikańskiego


Strona 451

dominikańskiego kościół św. Wojciecha wraz z przynależnym placem na wieczną własność, aby przez nauczanie i przykład prowadzili lud do zbawienia. Zwolnił ich zarazem od wszelkiego duszpasterstwa; jednak udzielił im wolności odwiedzania chorych i grzebania zmarłych. Oba dokumenty są wystawione we Wrocławiu 1 maja 1226 (Archiu Monast. S. Adalbert.). Parafię należącą wcześniej do św. Wojciecha biskup Wawrzyniec przyłączył do kościoła Marii Magdaleny i wyznaczył zarazem jej granice (95). Dominikanie mają na tę darowiznę bulle potwierdzające od papieża Grzegorza X. Datowana w Orvieto 9 maja w drugim roku pontyfikatu; i od Eugeniusza IV. Datowana we Florencji 1439 16 kalendy majowe (Archiu. Mon. S. Adalb.). Ledwo wznieśli klasztor dzięki hojnym datkom wrocławskich obywateli, musieli go znów opuścić i przy zbliżaniu się Tatarów uciekać na książęcy zamek na Ostrowie Tumskim. Tutaj było to miejsce, gdzie wydarzyło się to godne uwagi zdarzenie, które


(95) Ad ecclesiam scti Adalberti fratres predicatores — instituit, populum parochialem eiusdem ad ecclesiam S. Marie Magdalene Wratisl. transferendo et limitando. Et licet successu temporis cum diuersis plebanis ecclesie S. Marie Magdalene coram diuersis Iudicibus pro Iuribus in supratactis priuilegiis expressis Monasterium lites habuerit, et diuersas etiam sententias iudicialiter contra ipsos obtinuerit, omnium tamen premissorum Iurium — possessionem — non habet: sed per negligentiam et taciturnitatem sunt deleta. [Przy kościele św. Wojciecha braci kaznodziejów — ustanowił, lud parafialny tegoż do kościoła św. Marii Magdaleny we Wrocławiu przenosząc i ograniczając. I chociaż z biegiem czasu z różnymi plebanami kościoła św. Marii Magdaleny przed różnymi Sędziami o Prawa w wyżej poruszonych przywilejach wyrażone Klasztor spory miał, i różne także wyroki sądowo przeciwko nim otrzymał, wszystkich jednak przesłanek Praw — posiadania — nie ma: lecz przez zaniedbanie i milczenie zostały zatarte.] Jodoci Chronic. s. 14.


Strona 452

które Tatarów, jak się opowiada, spod Wrocławia wypłoszyło. Osobliwe jest to, że ani jeden z najstarszych pisarzy, ani Bogufał, ani autor łacińskiej Legendy, ani kronikarz Jan, ani Nieznany z 1390 roku nie wspomina o tym cudownym przypadku. Pierwszym, który udziela wiadomości, jest Długosz. Według jego opowiadania, które zapewne zapożyczył z jakiejś kroniki, ale jakiego wieku ona była i przez kogo napisana, któż to może powiedzieć? spadł na głowę Czesława, który ze łzami prosił Boga o ratunek, słup ognia z nieba i oświetlił całą okolicę wokół Wrocławia zdumiewającym i niewypowiedzianym blaskiem: przez co Tatarzy zostali wprawieni w tak odurzający strach i przerażenie, że w tej samej chwili zwinęli oblężenie i uciekli spod Wrocławia (Hist. Pol. L. VII. s. 676). Cromer opowiedział to niemal tymi samymi słowami i od Długosza jedynie odpisał (de reb. Polon. L. VIII. s. 213). Maciej z Miechowa musiał mieć inne źródło; albowiem pisze: Mówi się, że Tatarzy przez modlitwy i łzy Czesława i jego braci zostali od zamku odpędzeni (Lib. III. C. 39. s. 92), nie wspominając o słupie ognia. Franz Köckritz, zwany Faber, nic nie wie o tym cudownym zdarzeniu, lecz mówi tylko: Tatarzy musieli z powodu silnej obrony Wrocławia odejść z niczym (Origin. Vratisl. Mst.). Cureus jest pierwszym, u którego ten słup ognia


Strona 453

ognia zamienił się w płomienie, które na modlitwę pobożnych na zamku jeździły wszędzie między Tatarami (Annal. Sil. s. 69). Polius połączył opowiadanie Długosza i Macieja z Miechowa, ale z pewną zmianą, gdyż pisze: donoszą kroniki, że Tatarzy przez boski cudowny znak przestraszeni musieli wziąć swój odwrot i dać się nakłonić do ucieczki stamtąd. Albowiem gdy Czesław, pierwszy przeor klasztoru u św. Wojciecha, z innymi pobożnymi chrześcijanami w rzeczonym Zamku z płaczem i narzekaniem do Boga pilnie i lękliwie krzyczeli, i pobożnie wołali, by Bóg w tak wielkiej biedzie się nad nimi zmiłował i obecne niebezpieczeństwo od nich odwrócił, tu ukazało się jasne światło, ognisty słup lub znak ogniowy na niebie, od którego stało się daleko i szeroko bardzo jasno (Bresl. Annal. s. 79. Hemerolog. Siles. s. 123). Henel podąża za Cureusem i zachował nawet jego słowa (Annal. Siles. s. 249. Breslogr. Renou. Mst. C. XI.). Johann Heinrich Cunrad mówi tylko ogólnie: Tatarzy zostali przez Boga przez pobożną modlitwę uciśnionych obywateli przez osobliwy cudowny znak stamtąd (od książęcego grodu) odstraszeni i wypędzeni (Silesi-poliographie T. I. Cap. XV.). Chrysost. Schulz wyobraża sobie również: że na modlitwę pobożnych słup ognia z nieba oświetlił obóz Tatarów wielkim i strasznym blaskiem (Monumentum gratitudinis Henrico II. erectum et conse-


Strona 454

consecratum Bresl. 1641. 4. s. 81). Valent. Alberti mówi w ogólności: że przy tym oblężeniu okazała się cudowna moc Boga (Praelium Lignicense a D. Henrico Pio cum Tartaris uictoribus 1241. d. 9 April. fortiter commissum. Lips. 1664. 4. B. 4. b.) Gotfr. Ferd. Buckisch pisze: Na pilną prośbę św. Czesława, który widocznie był widziany, spadły płomienie ognia z nieba, i biegały między Tatarami wokoło, tak że koniecznie od oblężenia zamku odstąpić musieli (Prolegomena Schlesisch. Kirchenhist. s. 20). Hanke przytacza tylko należące tu miejsca z Cureusa, Pola, Macieja z Miechowa i Cromera, nie dodając o tym swojego zdania (Silesii indigeni eruditi. s. 20 i n.). Thebes pisze: Tatarów opuszczenie zamku we Wrocławiu stało się obok dzielnej obrony przez modlitwy i cudowne dzieła — Wszystkie polskie kroniki donoszą, że jakby ognisty słup między wrogów z nieba upadł, z wieloma między nimi biegającymi płomieniami, co ich przestraszyło i przepędziło (Lig. Jahrb. T. II. s. 55). Nikt nie wyraził się o tym zdarzeniu jawniej i do tego w krzywy sposób, jak autor Schlesisch. histor. Labyrinths, w którym na s. 697 pisze: Pobożny dominikański przeor Czesław pozostał w swoim klasztorku w mieście (gdyby to się stało, to Mongołowie by go odebrali i jako osobliwość do kwatery głównej zawieźli. Kto upoważnia go,


Strona 455

go, wprost wbrew wszelkiej historii to podawać? Zaprzecza nawet, że kiedykolwiek książęcy zamek na Ostrowie Tumskim stał, i to dlatego; bo fundament i ruiny tegoż przecież nie zapadły się ani nie zniknęły. Tak, jeśli to tak jest, to żaden orangutan nie ma nic przeciwko temu do zarzucenia) i może pilnie się modlił, ale przecież żadnych tatarskich bomb rękami nie łapał, jak się go bardzo mylnie namalowanego widzi. Autor zadaje sobie daremny trud, by dowieść, że wtedy nic nie wiedziano o moździerzach ogniowych i bombach, i że Tatarzy także do dnia dzisiejszego na żadnym bombardowaniu się nie znają. Lepiej by było, gdyby przypomniał sobie horacjańskie pictoribus atque poetis [malarzom i poetom]. Co może Czesław za to, że się go z bombami w rękach maluje? Dalej kontynuuje s. 698: ponieważ jednak Tatarzy niebiańskim ogniem od szturmowania wrocławskiego zamku na Wyspie Tumskiej mieli zostać powstrzymani, to jest wiarygodne, że przy nadejściu zamierzonego szturmu powstała wielka niepogoda ze straszliwymi błyskawicami, może też Odra wysoko wezbrała, i przez to atak stał się niemożliwy. To jest przecież jeszcze coś, co da się czytać. Christ. Runge (de rebus gestis Silesior. Sect. II.) przyjął również zwyczajną opinię o spadłych z nieba płomieniach ognia. Przy właściwym wyobrażeniu tego fenomenu zależy bardzo wiele na tym, by najpierw spróbować się upewnić


Strona 456

upewnić, czy było ono widziane w dzień, czy w nocy? A o tym właśnie starzy historycy nie pomyśleli. Mimo to Solignac (Algem. Gesch. von Pol. 7 Buch s. 263) narzuca im to i opowiada na swoją zmyśloną wiarę i sumienie: Tatarzy widzieli pewnej nocy (dlaczego nie z Thebesem prosto powiedziane 7 kwietnia?) całe powietrze zapalone i ogniste łuki, które tak szybko jak błyskawica z horyzontu spadały i miały wygląd, jakby ich całe wojsko miały strawić. Wierzyli: że rozgniewane niebo chciało ich z powodu ich uporu, by zawładnąć tym miejscem, ukarać i opuścili toż z największym pośpiechem. Wprawieni tym w zdumienie Ślązacy przypisali ten niespodziewany odwrót cudownemu dziełu, a ich dowódcy tę opinię bez wątpienia wspierali, by dodać im odwagi. Bez zdziwienia nie będą Państwo tego czytać, jeśli porównają to z wyżej przytoczonymi wiadomościami Długosza, Macieja z Miechowa, Cromera itd. Lecz Francuz już taki jest: upiększa i maluje swoje historyczne lalki, by się tym bardziej podobały. Wszystko, co on z tego swojego opowiadania pozornie przypuszcza, sprowadza się do tego: że ten ogień, który Tatarów tak bardzo w strach wprawił, nie był niczym innym, jak tym, co starzy coeli ardores [płomienie nieba] nazywali, i co pospólstwo za wojska, które w powietrzu się biją, uważa. W naszych czasach nazywa się to


Strona 457

to zorzą północną. Zauważono, że ten ogień rozciąga się niekiedy jak ogniste promienie, które coraz bardziej się rozszerzają, po niebie, i w ten sposób wydaje się, jakby szpicą na ziemię spadały. Tatarzy nie widzieli być może nigdy niczego podobnego, i trzeba Ślązakom poczytać za dobre, że uważali to za coś nadprzyrodzonego. W czasie powszechnych plag krajowych uważa się najpospolitsze zdarzenia za coś cudownego; albowiem umysły zajęte strachem są bardzo skłonne do przesądu. Twierdzi się, kontynuuje Solignac w swym dogmatycznym tonie, według pierwszych historyków tego narodu od długiego czasu w Polsce, że ten ogień, o którym tu mowa, i nastąpiony po nim szybki odwrót Tatarów należy zawdzięczać modlitwie dominikańskiego przeora Czesława, który ze wszystkimi swoimi braćmi zakonnymi schronił się w zamku. Wierzę wprawdzie w cuda, tymczasem nie jestem tego zdania w tym celu, i nie określam ważności tego obecnego nie według tego, że opowiadanie tegoż jest tak stare. Autor Versuche über die Schles. Gesch. in einzelnen Abhandlungen nie wątpi s. 18 wcale w prawdę tego opowiedzianego zdarzenia, uważa je jednak za bardzo naturalne, a mianowicie za burzę z piorunami, przed którą Mongołowie nadzwyczajnie przesądnie się bali. To samo mówi właśnie autor w Versuch über die Schlesische Geschichte


Strona 458

Geschichte s. 31, że burza z piorunami oraz zgromadzona pod Legnicą armia księcia Henryka zmusiły Mongołów do zdjęcia oblężenia wrocławskiego zamku. Jeśli obejrzą Państwo wszystkie te wedle chronologii ustawione wiadomości, wyjaśnienia i przypuszczenia o tym zdarzeniu jednym rzutem oka, to zauważą Państwo, że historyczna wiarygodność tegoż opiera się na nowych podporach. Albowiem najstarszy świadek tego żył akurat dwieście lat później. Inni go albo skopiowali, albo tak długo przy jego opowiadaniu kombinowali, aż wydobyli zorzę północną lub burzę z piorunami. Jeśli można by mieć nadzieję na odnalezienie jeszcze starszych wiadomości, to nigdzie indziej, jak w archiwum klasztornym u św. Wojciecha tutaj. Bzovius zapewnia, że te rzeczywiście znalazł; a jednak żaden z nowszych historyków, tak jak on je w Tutelaris Silesiae Cracou. 1608. 4. ogłosił, nie wykorzystał. Czy wiele przez to przeoczono, czy też historia coś przez to straciła, niech Państwo z relacji Roczników (96) sami rozsądzą.


(96) Ceslaus circa annum Domini MCCXLI. cum Tartarorum rabie Polonia et Silesia deuastarentur existens in castro inclitae ciuitatis Vratislauiensis cum aliis Christi fidelibus orationibus suis ciuitatem ab eorum insania potenter defendit. Ipso namque orante, globus igneus super caput eius apparuit, quo perterritae Tartarorum legiones fugae praesidia assumpserunt [Czesław około roku Pańskiego 1241 gdy przez Tatarów wściekłość Polska i Śląsk były pustoszone będąc w zamku sławnego miasta Wrocławia z innymi Chrystusa wiernymi modlitwami swymi miasto od ich szaleństwa potężnie obronił. Gdy on bowiem się modlił, kula ognista nad głową jego się ukazała, którą przerażone Tatarów legiony ucieczki pomocy wezwały]


Strona 459

Godną uwagi jest w niej doniesiona okoliczność: że kula ognista ukazała się nad głową Czesława modlącego się o zachowanie i ochronę wrocławskiego zamku przed wściekłością Tatarów, przez co legiony wrogów zostały zmuszone do ucieczki; jeszcze bardziej godne uwagi, że opuścili miasto, nie ruszając go, jakiż bowiem mieliby honor lub pożytek, gdyby chcieli ruszać kupy popiołu, albo nawet przypuszczać na nie ataki? Najbardziej godne uwagi jest jednak to, że wielu z tych barbarzyńców, którzy mieli na sobie tylko postać ludzi; poza tym zaś w swych obyczajach i zachowaniu byli bardziej surowi niż drapieżne zwierzęta, po tym jak zobaczyli cudowny znak, porzuciwszy swą dzikość wraz ze swym bałwochwalstwem, oddali imiona religii kaznodziejskiej [wstąpili do zakonu dominikanów], i w niej największe postępy cnót pod mistrzostwem Czesława poczynili, i nawróceniu swych pogan wraz z innymi braćmi Prowincji poświęcili się.


(Ciąg dalszy przypisu 96 ze strony 458) assumpserunt et abeuntes ciuitatem intactam reliquerunt. [wezwały i odchodząc miasto nietkniętym zostawiły.] Według tej wiadomości Wrocław nie zostałby podpalony. Multi illorum Scytharum, qui quidem speciem hominum habebant, ceterum moribus ritibusque efferatioribus, quam ulli barbari, imo quam rapacissimae belluae erant, uiso prodigio, feritate cum idololatria deposita, religioni Praedicatoriae nomina dederunt, in eaque maximos uirtutum progressus sub Ceslai magisterio cum fecissent, ad gentilium suorum conuersionem cum aliis Prouinciae fratribus operam dederunt. Annales Monaster. S. Adalberti. [Wielu z owych Scytów, którzy wprawdzie postać ludzi mieli, poza tym obyczajami i rytami dzikszymi, niż jacykolwiek barbarzyńcy, ba niż najbardziej drapieżne bestie byli, ujrzawszy cud, dzikość z bałwochwalstwem odłożywszy, religii Kaznodziejskiej imiona dali, i w niej największe cnót postępy pod Czesława mistrzostwem gdy uczynili, pogańskich swoich nawróceniu z innymi Prowincji braćmi pracę oddali. Roczniki Klasztoru św. Wojciecha.]


Strona 460

Tych wiadomości, które zawierają bogaty materiał na równie piękne bajki, jak tragedie grane w Środzie z Tatarami, nie znajduje się u żadnego historyka. To są też anegdoty, które należą do historii tajemnej. Do niej też należy zaliczyć to, co donosi Bzovius: że św. Jadwiga swej czystej wstrzemięźliwości w małżeństwie nauczyła się od Czesława, który przecież wówczas, gdy ona swego męża do tego nakłoniła, studiował we Włoszech na akademii, którego ona więc pewnie nawet z imienia mogła nie znać; podobnie że najazd Tatarów księciu Henrykowi, św. Jadwidze i całemu Śląskowi przepowiedział. Tu jest pytanie: kto był pierwszy, kto to wcześniej zapowiedział, Czesław czy św. Jadwiga? gdyż to jest przypisywane również tej ostatniej w jej legendzie. Św. Bernard dyktował pewnego razu poza klasztorem pod gołym niebem sławny list do swego krewnego Roberta. Zaskoczył ich ulewny deszcz i br. Wilhelm chciał spakować pergamin, na co św. Bernard rzekł: o to jest dzieło Boga, tu nie wolno ci się bać dalej kontynuować. Napisał więc list do końca pośród deszczu, bez tego by go choć jedna kropla zamoczyła. Miłość przykryła tu pergamin, że nie został zadeszczony. (Guilelmi S. Theodorici Abbat. Vita S. Bernhard. L. I. C. II. in S. Bernhard. Oper. ed. Joa. Mabillon Paris, 1667. Tom. VI.)


Strona 461

Tak samo spotkała pewnego razu św. Dominika silna ulewa, uczynił on krzyż nad swoją głową, i wędrował tak jakby parasolem przykryty całkiem suchy swoją drogą dalej. (Vita S. Dominici in Act. Sanct.) Ale tych obu przewyższył Czesław znacznie przez swą cudowną żeglugę przez Odrę. Odwiedzał często chromych i chorych we wsiach i na wrocławskich przedmieściach. Pewnego razu był w trakcie czynienia takiej wizyty w Szczytnikach; przybył nad Odrę i nie znalazł tam ani czółna ani statku. Przez Bramę Piaskową i Tumską mógł wprawdzie tamże dojść, aczkolwiek nieco okrężną drogą. Ale on postanowił sobie już raz, by wziąć prostą linię. Płonął z pragnienia, by być zaraz przy chorym; w jednej chwili zdjął swą szatę, rozszerzył ją nad wodą, wszedł na nią, po tym jak wcześniej uczynił nad nią krzyż, i tak przepłynął przez wezbrany i rwący strumień o wiele wygodniej, niż na jakimś pojeździe i wysiadł szczęśliwie na drugim brzegu, bez tego by choć kropla go zamoczyła. Bzovius opowiada jeszcze wiele innych cudownych czynów o nim, że chorych zdrowymi, chromych chodzącymi, ślepych widzącymi i martwych żywymi czynił, do czego też należy dziecko, które pod Wrocławiem wpadło do Odry i osiem dni w niej leżało. Przez swoje surowe umartwienia, przez swój ciągły post, czuwanie, biczowanie przewyższył wszystkich swoich braci zakonnych, którzy go, zwłaszcza w ostatnich latach jego życia namawiali, by zechciał jednak


Strona 462

jednak w tym nieco folgować. Ale on postępował tak jak wcześniej, głosząc kazania co tydzień, zatrzymując się nocą w kościele na duchowych rozmyślaniach i modlitwie, a gdy sen go przemógł, pościć leżąc na twardym kamieniu zamiast na miękkiej poduszce, po kilka dni, także gdy był chory powstrzymywać się od mięsa, i biczami, które miały żelazne haki, aż do krwi się biczować. Jako Prowincjał, którym został w 1235 (97), chodził on także do najodleglejszych miejsc pieszo, nie pozwalał żadnej godzinie przepłynąć niewykorzystanej, i zarządzał sumiennie z największą dokładnością tym ważnym urzędem. Dzień przed jego śmiercią byli na jego żądanie wszyscy jego bracia zakonni zgromadzeni wokół jego śmiertelnego łoża, którym była twarda słoma. Do których Bzovius każe mu wygłosić jedną z najbardziej pouczających i poruszających mów, jakie kiedykolwiek umierający Przeor wygłosił do swych czule go kochających braci. Po tym, jak przyjął Sakramenty i powiedział im ostatnie dobranoc, stali oni wszyscy ze łzami w oczach wokół niego. Zmarł 15 lipca 1242. Ten rok jest zazwyczaj przyjmowany, chociaż nie może zostać historycznie udowodniony. Niektórzy każą mu umrzeć w 1241, inni w 1257. (Maluenda


(97) Bzovius podaje Czesława za drugiego Prowincjała w Polsce i Czechach; jednak z Seuerinus Cracouiens. jest do udowodnienia: że był trzecim: albowiem po Jacku nastąpił Gerard, a po tym dopiero Czesław.


Strona 463

in Annal. ad a. 1242.) Roczniki klasztorne u św. Wojciecha udzielają jego zasługom najpiękniejszej pochwały (98). Wkrótce po tym, jak został pochowany w kościele u św. Wojciecha, wątpiła pewna duchowna panna w zbudowanym blisko niego klasztorze u św. Katarzyny w jego błogosławieństwo; została jednak przez objawienie się jego o czymś lepszym pouczona. Źródła, z których można by zaczerpnąć jego historię, są teraz stracone. Niektóre ułamki z tego zachował Bzovius w Tutelaris Silesiae. Cracau. 1608. 4. Ten jego żywot jest z powodu panegirycznego tonu i retorycznych kwiatków, dla smaku i historii równie niekorzystny; tak że także Bollandyści nie wszystko aprobują, i otwarcie o nim mówią: że on wprawdzie wiele opowiada, co było możliwe, ale co się jednak


(98) Silesia a Deo promeruit clarissimum Christi Confessorem Ceslaum uelut excelsum ac diuinum munus. Nihil sibi eo iucundius, nil utilius, nihil diuinius afferri potuit. Sicuti ex oceano solem ferunt ascendere, ita Ceslaus ex Polonia uniuersam Silesiam, nedum Wratislauiam illustraturus, tanquam spledidissimum iubar emersit, sua equidem et integerrima et coelesti uita perditos homines ad honestos et integros mores allexit, bonos et frugales adhortationibus fouit, Wratislauiam quoque suis precibus magnopere iuuit. Quicquid uirtutis, quicquid probati operis, quicquid coelestis gratiae in Religioso unquam uisum est, id omne effulsit in B. Ceslao, qui uere dignus glorificandus. Hunc ingentibus miraculis omnipotens Deus indies magis magisque decorare non cessat. Annales Monast. S. Adalberti. [Śląsk od Boga zasłużył na najjaśniejszego Chrystusa Wyznawcę Czesława jako wzniosły i boski dar. Nic sobie przezeń przyjemniejszego, nic pożyteczniejszego, nic bardziej boskiego przynieść nie mógł. Jak z oceanu mówią że słońce wschodzi, tak Czesław z Polski cały Śląsk, a co dopiero Wrocław mający oświecić, jakby najjaśniejszy promień się wyłonił, swoim zaiste i nieskazitelnym i niebiańskim życiem zatraconych ludzi do uczciwych i nieskazitelnych obyczajów przyciągnął, dobrych i wstrzemięźliwych zachętami wspierał, Wrocław także swymi modlitwami wielce wspomógł. Cokolwiek cnoty, cokolwiek wypróbowanego dzieła, cokolwiek niebiańskiej łaski w Zakonniku kiedykolwiek widziano, to wszystko zajaśniało w Bł. Czesławie, który prawdziwie godny [jest] wychwalania. Tego potężnymi cudami wszechmogący Bóg z dnia na dzień coraz bardziej i bardziej ozdabiać nie przestaje. Roczniki Klasztoru św. Wojciecha.]


Strona 464

jednak rzeczywiście nie zdarzyło. Nawet wrocławski Dominikanin, który wydawcom Act. Sanctor. przesłał jego spisany żywot, nie odważył się wszystkiego za Bzoviusem powtarzać. Jego malowidło jest całe oblane światłem, i bez żadnych cieni. Czesław spod pióra Bzoviusa przestał być człowiekiem; albowiem nie wie on też o żadnym błędzie swojego świętego; a przecież mieli Wojciech, Dominik, Franciszek itp. błędy w sobie. Stawia go jako rześkiego bojownika i pogromcę natury. Przez wielkie oddalenie czasu uważał się za uprawnionego, by dać wolny bieg swemu duchowi poezji, tak jak dalekie oddalenie miejsca podróżnym zapewnia ich bajki za prawdy sprzedawać. O wiele dokładniejsze, porządniejsze i gruntowniejsze są wiadomości Rechaca o Czesławie w Vies des Saintes de l’ordre de S. Dominique. Paris, 1650. Tom. III. Z czym można porównać Thom. Maluenda w Annal. Ord. Praedicator. Centur. I. jak też Dominic. Maria Marchese il sacro diario dominicano Tom. IV. ad D. XV. Iulii i Echard. de Scriptorib. Ordin. Praedicat. T. II. s. 792. Trzy lekcje w Offic. propr. Vratisl. zawierają krótki zarys życia Czesława. Wilh. Cuper mówi: że zostały one interpolowane i niepewnymi i wielosłownymi opowiadaniami powiększone; on zamieścił stare i prawdziwe z O. Rechaca w Act. Sanct. s. 183. w całości. Tenże Jezuita w Commentario praeuio de S. Ceslao Acta Sanctor. M. Iulio. Tom. IV.


Strona 465

Tom. IV. Antuerp. 1725. D. XVI. Julij, s. 182. wiadomości od najznamienitszych pisarzy krytycznie zbadał i sprostował: dalej chronologiczną uitae Seriem [serię życia] z Rechaca załączył, i wreszcie przesłany przez pewnego wrocławskiego Dominikanina Vita B. Ceslai Silesii Ordinis Praedicatorum ex Bibliotheca P. P. Dominicanorum Wratislauiae ad D. Adalberti degentium [Żywot Bł. Czesława Ślązaka Zakonu Kaznodziejów z Biblioteki OO. Dominikanów Wrocławia u św. Wojciecha przebywających], który tak bardzo w poszczególnych wyrażeniach z Bzouii Tutelaris Siles. się zgadza, całkiem wraz z retorycznymi ozdobami Bzoviusa, które są w klamry ujęte, kazał wydrukować, z napisem: Acta auctore R. P. Abrah. Bzouio Ordinis Praedicator. cum MSS. fragmentis Vratisl. Monasterii S. Adalberti collata s. 189 — 199 [Akta autorstwa W. O. Abrahama Bzowskiego Zakonu Kaznodziejów z Rękopiśmiennymi fragmentami Wrocławskiego Klasztoru św. Wojciecha zestawione]. Tak że można te dwa życiorysy jednocześnie na raz czytać.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.