S. B. Klose – O wpływ klimatu na charakter narodowy, O metodzie nauczania: Przeciwko „prowadzeniu na pasku”, O wnioskowaniu z rysów ciała o przymiotach ducha i trudnościach poznania serca ludzkiego (1764)

W przerwie od XVIII-wiecznej korespondencji „Z Wrocławia…” zamieszczam jeden z niepublikowanych tekstów Klosego, istniejących w archiwalnym rękopisie. Tytuły tekstów są moje, dodane dla porzadku (także numeracja mów). Cała reszta pochodzi z rękopisu.

Jest to tłumaczenie trzech mów do uczniów Samuela Beniamina Klosego z 1764 r. ze zbiorów Archiwum Państwowego we Wrocławiu. Klose jako rektor szkoły Świętego Ducha wygłaszał mowy przy okazji egzaminów do swoich uczniów. Jest to pierwsza z takich zachowanych mów, początek sygn. 82/165/0/-/10.

I. O wpływ klimatu na charakter narodowy

1764, dnia 21 maja, przed egzaminem

[strona 1] W naszych czasach podjęto starania, by geniusz, talenty, rozmaite skłonności, a także charakter i obyczaje narodu wywodzić z ich pierwotnych źródeł. Nie mogło stać się inaczej, jak tylko tak, że w zależności od odmiennego sposobu myślenia uczonych, którzy odważyli się na tę próbę, również wyjaśnienie przyczyn wypadło różnie. Jedni sądzili, iż odnajdują jedynie przyczyny naturalne, inni zaś moralne, jeszcze inni łączyli jedne z drugimi. Nie należy schlebiać naszym czasom, jakoby miały w tej materii przewagę nad starożytnymi. Albowiem zarówno greccy, jak i rzymscy filozofowie nie pozostawili tego tematu bez rozważenia, choć nie ujmowali go w tak szerokim zakresie. Powszechnie wiadomo, iż Strabon różnorodność charakterów ludzkich przypisuje klimatowi.

Pośród nowożytnych to Monteskiusz jest tym pisarzem, który podjął owo badanie na nowo, chociaż wiele znajdujemy już u Bodina. Za sprawą rozgłosu, jaki Monteskiusz zyskał w świecie uczonym, nastała moda na kierowanie uwagi właśnie na ten przedmiot. Du Bos w swoich Krytycznych rozważaniach o poezji i malarstwie umieścił źródło różnic między narodami w sposobie myślenia właśnie w klimacie. Autor Ducha Praw [dosł. Ducha Narodów] oraz wielu innych uznało tę przyczynę za prawdziwą. Helwecjusz z kolei wywodzi ją z przyczyn moralnych. Z całej jego rozprawy można dostrzec, …

[strona 2] …przyznać [rację], ponieważ Monteskiusz i inni pisarze twierdzą coś przeciwnego. Jeśli jednak zważy się dokładnie na zmiany, jakich doświadcza naród, to odkryje się — poza przyczynami wynikającymi z klimatu, budowy ciała, pożywienia czy formy rządu — że szczególnie istotną, jedną z najważniejszych przyczyn jest sposób wychowania. Prawdą jest i można dowieść tego historią, że jeden jedyny uczony, jeden nauczyciel często nadawał ton charakterowi całego ludu. Trzeba jednak przyznać, że nie stałoby się tak, gdyby lud ów nie przejawiał już skłonności w tym kierunku. Ta zaś, jeśli rozpatrywać ją jako cechę charakterystyczną, nie może wywodzić się znikąd indziej, jak z owego ukierunkowania, które każdy otrzymuje podczas swego pierwszego kształcenia ducha.

Jeśli owo kształcenie jest wadliwe lub wręcz zaniechane, wówczas z niewiedzy i z udoskonalania występnych wzorców rodzi się zepsucie poszczególnych jednostek, a w konsekwencji i całego narodu. Rzucając okiem na nasze czasy, znajdziemy tego potwierdzenie. Narzekania na zepsucie obyczajów wypływają być może czasem z posępnego, melancholijnego usposobienia, lecz gdyby chcieć wątpić, że zepsucie to płynie obecnie właśnie z tego źródła [złego wychowania], trzeba by zaprawdę zamknąć oczy, by wbrew lepszej wiedzy nie zaprzeczać naocznemu doświadczeniu.

Jakże wielu jest rodziców, którzy troskę o wychowanie swoich dzieci poczytują za najbłahszą drobnostkę, za ostatnią rzecz, o jakiej…

[strona 3] …można w ogóle pomyśleć, albo którzy nie zapewniają go wcale. Być może od niektórych rodziców wymaga się zbyt wiele, skoro sami żadnego wychowania nie odebrali. Ich dzieci muszą zatem przyjąć ten smutny los, iż staną się całkowicie podobne do swych rodziców. Obserwując ich zatrważające niedbalstwo, czujemy się w duchu skłonieni do porównania czasów nowszych z urządzeniami dawnych ludów. U nich to wychowanie dzieci postrzegano jako sprawę niezależną od widzimisię rodziców, lecz spoczywającą na państwie. Wówczas kształcono pożytecznych obywateli dla dobra wspólnego; dziś widzi się ich ograniczonych do wąskiego kręgu małej rodziny, żyjących jedynie dla realizacji niskich celów swoich rodziców. Stan ten jest tak odległy od miejsc, w których młodzież winna być kształcona w religii i naukach. Niewielka liczba uczniów w obecnej szkole skłoniła mnie do tych refleksji. Przy ich egzaminie Tytułowany Pan Rektor i Inspektor Szkolny zechcą łaskawie być obecni. Zmuszony jestem z góry prosić ich o łaskawą wyrozumiałość wobec ludzkiej słabości moich podopiecznych.

Po egzaminie

[strona 4] Szczęście pozostawania pod opieką teologa […], który pośród niewielu znawców prawdziwych zasług zajmuje czołowe miejsce […], jest rzeczą przerastającą moje dawne życzenia. Jest to pierwszy łaskawy los, jaki po smutnym przeznaczeniu siedmiu lat ten […] raz mi podarował. Nie potrafię wyrazić wystarczającej wdzięczności za niezliczone dobrodziejstwa, które mi Pan […], a w szczególności za to obecne. Są Państwo tak łaskawi, by pominąć te i owe popełnione przeze mnie nieudolności, aby swą szacowną obecnością dodać otuchy zawstydzonej nieśmiałości uczącego się. Czuję się w obowiązku prosić Pana o wybaczenie za popełnione błędy. Czyż wolno mojej uniżoności wykorzystać tę łaskawą wyrozumiałość jako bodziec, by w przyszłości przyłożyć więcej pilności i wykazać się bystrzejszymi zdolnościami? Proszę o Pana dalszą przychylność. Upraszam o kontynuowanie owej niezmierzonej życzliwości, którą Pan okazywał mi od pierwszych lat — gdy miałem szczęście mieć Pana za swego czcigodnego nauczyciela — jak i w późniejszym czasie, gdy doznałem od Pana jednego z moich największych dobrodziejstw.

II. O metodzie nauczania: Przeciwko „prowadzeniu na pasku”

[strona 5] Przed egzaminem jesiennym 1764 (22 października) / przed egzaminem wiosennym 1765 (6 maja) [Margines] NB. Na egzamin jesienny najkonieczniejszą częścią uwagi było dalsze kształcenie otoczenia [uczniów] i nadanie im właściwego kierunku; przy czym wskazana jest metoda sokratejska.

Nauczanie w szkołach publicznych stanowi jedną z najważniejszych części wychowania w ogóle. Duch, który zaczyna się rozwijać, musi zostać przygotowany na przyszłość do (prawdziwych lub wyobrażonych) najważniejszych czynności życiowych. Siły duszy ucznia muszą więc, dzięki umiejętnościom nauczyciela, zostać wprawione w pewien rodzaj aktywności. Jak wiele wglądu w prawdziwą naturę ducha, jak wiele ostrożnej roztropności i żmudnej troski potrzeba, by to urzeczywistnić! Jednak to jeszcze nie wystarcza. Jeśli nauczyciel ciągle chce z uczniem niejako gonić za przedmiotami […], zamiast z trudem dociekać cech rzeczy; jeśli chce go zawsze prowadzić na pasku, nie dając mu sposobności i wskazówek, by chodził o własnych siłach, wówczas duch ucznia stanie się jałowy i niezdatny do większości zadań. Będzie on musiał dawać się prowadzić na owym pasku także wtedy, gdy nie będzie już tego potrzebował. A jeśli wówczas nie znajdzie nikogo, kto posiada stosowną ku temu umiejętność, pójdzie za tłumem i wybierze towarzysza, którego podsunie mu ślepy traf. Że dzieje się tak nader często, widać na przykładach osób, które zdają się nie mieć niemal żadnej własnej woli, które […] albo wcale nie potrafią podjąć decyzji. Są dobre, jeśli mają cnotliwych towarzyszy; stają się złe, jeśli trafią na zepsute towarzystwo. Jedną z głównych cech publicznego nauczania powinno być zatem takie prowadzenie ucznia, by stopniowo […]

[strona 6] […] uczył się sam używać swoich sił. Stanie się to zaś, gdy nauczyciel da mu sposobność wykorzystania pod swoim okiem tych skromnych myśli, które uczeń już posiada. Panuje silne przekonanie o prawdziwości twierdzenia, że człowiek, który najmniej nauczył się popełniać błędy [i je korygować], będzie jeszcze mniej zdolny do należytego zastosowania wiedzy, gdy przez przypadek wiele jej posiądzie. A jednak wydaje się, jakby oczekiwano od szkoły tak wiele, zapominając, że nie jest ona zajęta samym kształceniem człowieka, lecz [pracą] wraz z nim. Jeśli uczeń nie potrafi zastosować swojej skromnej wiedzy, to będzie jeszcze mniej zdolny użyć jej tam, gdzie ulegnie ona rzeczywistemu rozszerzeniu. Właściwą drogą, którą musi obrać nauczyciel, jest pobudzanie podopiecznego, by ten uważał i nabrał śmiałości do czynienia swych sił skutecznymi wobec pewnych rzeczy. Prawdą jest, że zdolność odczuwania, wyobraźnia i pamięć muszą najpierw osiągnąć pewne ukształtowanie i siłę, zanim dusza zacznie dokonywać porównań między znanymi cechami rzeczy. Z tego punktu widzenia uczenie się na pamięć w szkołach publicznych jest naturalne, konieczne i godne pochwały. Popełniono by jednak niewybaczalny błąd, chcąc przez całe lata poprzestać tylko na ćwiczeniu tych wstępnych sił duszy. Przez to ograbiłoby się ją — jeśli wolno mi tak rzec — z jej pierwotnej sprężystości i uczyniło podobną maszynie, którą musiałaby pozostać także w przyszłości. Z tych powodów będzie zapewne konieczne, by niemal od razu wraz z nauką pamięciową […]

[strona 7] [Margines] NB. Fragment z Verulama Bacona „De Augmentis Scientiarum”, gdzie podaje on środki, by stać się doskonałym w tym, co własne [wrodzone].

[…] uczyć się czynić o tym drobne rozważania i łączyć z nimi krótkie porównania, co musiałoby się niemal całkowicie pozostawić inwencji ucznia. Będzie to dla niego najlepszym wstępem do samokrytyki; nauczy to jego władze umysłowe działać zgodnie z ich naturą. I to jest właściwe i prawdziwe przeznaczenie szkół publicznych: nadać duchowi taki kierunek, by był w sposób ogólny przygotowany do wszelkich przyszłych spraw życiowych. Celu tego nie osiągnie się ani przez historię, ani geografię, lecz jedynie przez metodę, wedle której wiedza ta jest wykładana. Natura jest w rzeczywistym wychowaniu szczęśliwą sojuszniczką nauczyciela. Nauczyciel ten, nawet przekazując bardzo suchą wiedzę, jaką jest gramatyka, potrafi nauczyć ucznia tak, iż osiągnie on tę ogólną sprawność umysłu, którą ma mu dać publiczna edukacja. Podczas gdy inny [nauczyciel] odsuwa od uczniów wszystkie tak wysławiane nauki i sztuki — którymi szczyci się dana szkoła, choćby nosiła nie wiem jak błyszczącą nazwę — pozostawiając ich niezdolnymi do refleksji, mimo że pękają od nagromadzonej wiedzy. Publiczne instytucje i przepisy mogą wprawdzie dyktować nauczycielowi lekcje, ale żadne prawa nie są tak potężne, by nauczyć go jedynej prawdziwej metody kształcenia człowieka. Nie znamy bowiem jeszcze praw, które nadawałyby człowiekowi geniusz; choć bezspornym jest, że istnieją takie, które geniusz osłabiły lub zdusiły.

[strona 8] Pominę tutaj drugą istotną część publicznego nauczania, która polega na kształceniu serca do cnoty. Jak niemal dowiedziono, jest to podchwytliwa i trudna część edukacji, chociaż u różnych ludów starożytności stanowiła upragniony punkt centralny. W naszych czasach nauczyciel publiczny odczułby w tej materii niewielki postęp, ponieważ ma swoich podopiecznych przed oczami tylko przez kilka godzin. Ponadto jeden jedyny zły przykład, jaki uczeń widzi w domu lub u prostej, zepsutej służby, uczyniłby nauki wielu godzin bezskutecznymi. Gdyby chciano z pomyślnym skutkiem poprawić moralną stronę ucznia, trzeba by obrać drogę, jaką wybrali starożytni: trzeba by przez pewien czas postrzegać młodych ludzi jako takich, którzy należą bardziej do państwa niż do swoich rodziców; gdzie miłość cnoty połączona jest — poprzez przepisy i przykład — z nauką szybkiego oparcia [moralnego].

Jednakże moja obecna sytuacja sprawia, że pozostaną to zapewne tylko czcze życzenia; to obecne, godne [trudne?] okoliczności są powodem tych myśli. Egzamin, który teraz ma się odbyć, a który Jego Przewielebność Tytułowany Pan Inspektor i Tytułowany Pan Rektor mają łaskawość uświetnić swą szacowną obecnością, ukaże jeszcze niewielu uczniów, którym pozwolono samodzielnie działać w kształceniu ich wątłych sił. Czuję się zatem z góry zmuszony prosić Panów o łaskawą wyrozumiałość ze względu na słabość moich podopiecznych.

III. O wnioskowaniu z rysów ciała o przymiotach ducha i trudnościach poznania serca ludzkiego

[strona 9] Na egzaminie jesiennym 1764, dnia 22 października rano

Adresat: Hochehrw[ürdiger] Hochgelahrter Großgünst[iger] H[err] Rect[or]. Hochehrwürd[iger] H[err] Inspect[or] Scholar[um]. Mein ganz vorzügl[ich] geneigter Gönner.

Ściślejsza zgodność świata duchowego i cielesnego nie może nie wzbudzić najsilniejszej uwagi i podziwu u każdego rozsądnego obserwatora. Nie została ona odkryta dopiero w naszych czasach. Znano ją tak długo, jak długo istnieją na świecie istoty myślące, z tym tylko, że zakres poznania tejże bywał częściej bardziej lub mniej ograniczony. Cyceron odkrył [to] w swoich czasach. I dowodzi tego poczyniona bystra obserwacja, że z rysów i zmian ciała sądzi się o [zmianach] ducha, i że za pośrednictwem widoku jednego można dojść do wglądu w drugie; [jest to] nader owocna droga, jeśli potrafi się ją należycie przebyć. Korzyść jest bardzo wielka, gdy [podąża się] jakby drogą, z której widok jest otwarty. Z pewnych zmian ciała możemy wnioskować o podobnych zmianach ducha. To jest fundament, który skłonił starożytnych, by tak wiele budowali na fizjognomii, chociaż nie zawsze uważali ją za użyteczną. Część [z nich] w pewnych czasach zaliczała ją do kłamstw powłoki [zewnętrznej]; w innych ganiono ją jako błądzenie; od kilku stuleci i na początku obecnego wieku starano się zbudować z niej niemal powszechne reguły. Prawdą jest, że w naszych czasach kontynuowano te starania [jako] zewnętrzną rozrywkę i wzbogacono ich obserwacje o nowe. Przyniosłoby to bezsprzecznie o wiele więcej pożytku ludzkiemu społeczeństwu niż wielu błyszczących i pysznych naprawiaczy świata. Prawdą jest, że nie każdy uczony znajduje się w tak korzystnym położeniu, by czynić o tym trafne uwagi. I to jest przyczyną, dlaczego tak mało się jeszcze o tym wspomina. Zdolni do tego są tylko ci, którzy mają sposobność poprzez pełne obcowanie poznawać charaktery i usposobienia swoich współobywateli. Jednakże jest niezawodnym doświadczeniem, że potrzeba niezwykłej bystrości, by przeniknąć przez maskę udawania u dystyngowanych osób. Będzie się więc często w niebezpieczeństwie, że albo wyciągnie się z tego fałszywe wnioski, albo nie wypowie prawdziwych z […] powodu. Pospólstwo [niskie instynkty?] usposobienia człowieka może się zmienić poprzez cnotliwe postanowienie, i dzieje się to też czasem rzeczywiście ku chwale ludzkości, podczas gdy podstawowe rysy jego bytu pozostają niezmienione.

[strona 10] I wówczas obraziłoby się takie osoby, które swoją duszę poprawiły w tak szczęśliwy sposób; najpewniejsza historia daje nam w Sokratesie godny uwagi przykład tego rodzaju. Gdyby więc chciano poczynić pomyślny postęp w tej znajomości ludzkiego serca, należałoby czynić obserwacje szczególnie u takich, [u których] dojrzałość ducha nie jest jeszcze w pełni ukształtowana. Można przyznać, że już nawet najdelikatniejszy wiek dostarczy pomocy. Jednak nie jest on [wiek dziecięcy] jeszcze dość wyćwiczony w tej sztuce, by nie dał się odkryć [przejrzeć] przez pewne zwroty, które są mu nieznane. Tu byłoby więc miejsce, gdzie [można by] wspierać działanie […], najlepsza okazja, by ugruntować fizjognomię na słusznych regułach. Tomasz [prawdopodobnie Thomas Abbt lub ogólnie imię przykładowe, ew. Thomasius] ma liczniejsze i dogodniejsze okazje, by dojść do tego z pewnością pożytecznego poznania, niż publiczny nauczyciel, któremu powierzono kilka umysłów. […] Byłoby też bardzo pożyteczne [mieć] czyste pomysły od każdego uczonego tego gatunku. Mógłby on przy niejednym podopiecznym bardzo zaoszczędzić sobie trudu badania jego zdolności i poznania go od tej strony, gdzie najkorzystniej może uruchomić swoje poboczne talenty. W ten sposób wiernie zastosowany środek byłby w stanie [pomóc], by skierować go ku jego celowi. Przez jego odkrycie zapewniono by w ogóle ludzkiemu społeczeństwu pożyteczną korzyść. Obecny egzamin z małych umiejętności moich podopiecznych, który Panowie Przewielebny Rektor i Inspektor mają całkiem szczególną łaskawość zaszczycić swym względem i obecnością, był bardzo naturalną okazją do tych myśli. Widoczna słabość moich podopiecznych zmusza mnie, by z góry prosić Panów o łaskawą wyrozumiałość.

[strona 11] Opatrzność uczyniła mnie tak szczęśliwym, że oto po raz drugi pod łaskawym nadzorem wysoce czcigodnych Pana Rektora i Inspektora mogłem przeprowadzić małe badanie [egzamin] nabytych umiejętności moich podopiecznych. [To] bardzo cenny dowód owej chwalebnej życzliwości, którą Panowie wobec mnie i tychże, jako moich nierozumnych jeszcze wychowanków, zawsze chwalebnie postępować będą. Obsypali mnie Panowie tak wieloma dobrodziejstwami, które [uczyniły] teraz tym cenniejsze wrażenie, że mój duch stał się doskonalszy, za co nigdy nie zdołam być wystarczająco wdzięczny. Są Panowie tak łaskawi wobec naszych błędów i odłożyli na bok swoje liczne, bardzo trudne i pilne zajęcia, aby swą czcigodną obecnością zachęcić słabe zdolności uczących się. Czuję się zobowiązany prosić Panów najuniżeniej o wybaczenie za błędy, które zostały popełnione. Obiecuję w imieniu moich podopiecznych, że wykorzystają oni Panów łaskawą wyrozumiałość jako bodziec, by w przyszłości przykładać więcej uwagi i więcej pilności. Co do mojej osoby, błagam Jego Uczoność Pana Doktora i [Inspektora? Justitiariusa?], by ową szczególną przychylność […] którą mi okazali, zechcieli kontynuować. Będę się starał pokazać moim zachowaniem, że to dobro, które poczytuję za najłaskawsze szczęście, nie skutkowało całkowicie z waszej niewiedzy [o moich brakach?].


Poniżej załączam transkrypcję w celu weryfikacji z rękopisem (strony 1-11):

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.